Jak nie oszaleć na Home Office?
Już od roku siedzimy w domu. Wiele firm wprowadziło Home Office. Szkoły i przedszkola też. Nagle łączenie życia zawodowego i prywatnego nabrało zupełnie innego wymiaru i spotkało się z nowymi wyzwaniami - nakładaniem się na siebie. Jak sobie z tym poradzić?
Sama mam synka w wieku przedszkolnym. Dopóki przedszkola były otwarte niestety nie wiedziałam wiele o rozwoju swojego dziecka. W sumie było ono przede mną ukrywane. Raz w tygodniu pytałam wychowawczynię, czy nad czymś pracować z synkiem. Mówiła, że wszystko jest ok. Codziennie wracałam z nim do domu o g. 17. Mieliśmy dla siebie dwie godziny, potem kąpiel, czytanie książki i spanie.
Kiedy przyszedł pierwszy lockdown sprawdziłam, co czterolatek powinien potrafić - liczenie do 10, układanie klocków w ciągu kolorystycznym i inne rzeczy. Zrobiłam małe review swojemu dziecku. Okazało się, że liczył w bólu do 5. Zadzwoniłam do wychowawczyni. Polały się słowa, czego tak naprawdę moje dziecko nie umie. Na pytanie, dlaczego nie dostałam wcześniej informacji, zapadło milczenie. Trzeba było naprawić sytuację. Czułam, że lockdown nie potrwa 2 tygodnie.
Jednak w ciągu dnia ginęłam. Praca przed komputerem, telefony z biura, wydanie mini katalogu, połączone z gotowaniem zupki, drugiego dania, podwieczorka. Frustracja narastała. Brakowało mi czasu, a nic konstruktywnego nie robiłam. Ani nie poświęcałam czasu dziecku, ani nie pracowałam efektywnie, nie mówiąc o edukacji dziecka. Po dwóch tygodniach szaleństwa powiedziałam STOP. Postanowiłam uporządkować sprawy. Podeszłam do tematu projektowo. Na kartce napisałam, jaki jest cel, jakie mam zasoby i musiałam poszukać linków. Opracowałam plan. Ułożyłam sobie wszystkie pomoce naukowe na koszu wiklinowym. W koszu miałam natomiast ubrania dla syna na przebranie, aby nie tracić czasu na bieganie góra-dół w przypadku jakiejkolwiek awarii. Natomiast czas podzieliłam na strefy.Codziennie wstawałam o 5 rano. Od 5 do 7.30 pracowałam. Potem wstawał syn. I lecieliśmy zgodnie z harmonogramem, który przygotowałam.
8.00 - 10.00 - śniadanie, mycie, trochę bajek podczas których ja mogłam jeszcze popracować.
10.00 - 12.00 - nauka. Miałam dwa elementarze dla 4-latków, które zamówiłam w Empiku. Robiliśmy po dwie strony z ćwiczeniami. Potem ćwiczenia z gazetki TOMEK I PRZYJACIELE. Dodatkowo, ćwiczenia fizyczne - rzuty piłką, tor przeszkód, wszystko w formie zabawy.
12.00 - 14.00 - gotowałam obiad, czytałam w międzyczasie maile. Na te łatwe odpisywałam z telefonu. Te, które wymagały rozkminy, zostawiałam na potem. Po obiedzie siadałam do nich, a syn oglądał bajki.
14.00 - 16.00 - robiliśmy zadania, kolorowanki, wycinanki, plus układanie klocków. Ogólnie wspólna zabawa manualna. Oczywiście telefon miałam pod ręką. Zapisywałam sprawy, które trzeba było ogarnąć. W międzyczasie podwieczorek.
16.00 - 18.00 - nauka jazdy na rowerze, gra w piłkę. Telefon służbowy już odkładałam na bok.
18.00 - 19.00 - kolacja, kąpiel, zabawa.
19.00 - 20.30 - książka i wygłupy w łóżku z synem, zabawa w walący się most czy drzewo (jedno z nas stawało jak drzewo na łóżku, a drugie je obalało, tak mało ekologiczne)
20.30 - 23.00 - ogarnianie domu, załączałam pralkę i zmywarkę, szłam pracować, potem ćwiczenia, kąpiel i rozładowanie pralki oraz zmywarki.
Oczywiście, nie robiliśmy różnych rzeczy przez bite dwie godziny. Nadałam po prostu ramy czasowe, podczas których wykonywaliśmy różne czynności. Tak, padałam na twarz. Jednak drżenie rąk uspokoiło się. Miałam kontrolę nad czasem. Stres był spory, zastanawiałam się, na ile udało mi się ogarnąć zaległości syna. Szybko przekonałam się, że osiągnęliśmy cel. Syn nauczył się zegarka, liczenia do 10 po polsku i po angielsku, skończyły się problemu z kolorowaniem.
Od jutra wracam do harmonogramu i będę działać z synkiem w domu. A Ty jak sobie radzisz na Home Office?

Komentarze
Prześlij komentarz