Jak uwierzyć w cuda?
Pewnie nie jeden raz powtarzałaś sobie, że coś jest niemożliwe. Marzyłaś o udanym związku, ciekawej pracy w danej firmie, podróży na koniec świata albo chociaż o pływaniu z delfinami. Na samą myśl jednak ściska Cię w żołądku - porażka, nie mam szans. Ja Tobie powiem, MASZ SZANSĘ - DAJ JĄ SOBIE!
Czarna otchłań
Sama jeszcze niedawno mówiłam sobie - wszystko jest niemożliwe. Widziałam życie i nadchodzące dni w czarnych barwach. Boksowanie się z technologią, lekarzami, samotnością. Wszystko szło nie tak, jak powinno. Moje najczarniejsze scenariusze się sprawdzały. Czułam, że wpadam w jakąś otchłań, z której nigdy już nie wyjdę. Zgodnie z tym, co mówiła Bridget Jones, jak będę stara to zjedzą mnie psy, a o mojej śmierci dowiedzą się sąsiedzi tylko dlatego, że będzie brzydko pachnieć na korytarzu.
Urlop miałam naprawdę ciężki. Bez mojego partnera, z którym się pokłóciłam tak, że nie miałam z nim kontaktu nawet kilka dni. Ceny na morzem mnie przerażały i zastanawiałam się, czy mnie w ogóle stać na te wakacje nad Bałtykiem. W pracy też miałam wrażenie, że zawodzę. Frustracja narastała z każdym dniem coraz bardziej i bardziej. Odkładałam syna spać i płakałam po cichu, żeby uwolnić się od lęku. Miałam nadzieję, że z każdą łzą będzie łatwiej, będzie lżej. Jednak tak nie było. Oddalałam się od znajomych, w nocy nie spałam, a jak budziłam się po krótkiej drzemce nad ranem to ogarniało mnie przerażenie - jak żyć? Potrzebowałam cudu, ale przecież cuda to coś większego. Nie da się go od tak załatwić. Przestałam wierzyć, że spotka mnie coś dobrego. Czułam, że potrzebuję pomocy tak jak wtedy, gdy coach mi pomagała podczas rozwodu. Nie mówiła, co mam robić. Zadawała niewygodne pytania, ale potrafiła mnie nastroić na szukanie rozwiązań. Teraz czułam, że jestem sama.
Droga do cudu
Kiedy wróciłam pamięcią do coachingu, przypomniałam sobie afirmacje, które mi pomagały. Zapisywałam to, co miało wydarzyć się w moim życiu, ale używałam formy teraźniejszej. Na nowo zaczęłam pisać afirmację, ale nie umiałam w nie wierzyć. Wtedy rozpoczęłam poszukiwania na temat teorii potęgi intencji. Trafiłam na filmik Klaudii Pingot, SpecBabki. Pracowała kiedyś w policji, była racjonalna. Potem zaczęła studia psychologiczne i przeszła płynie do fizyki kwantowej. Przynajmniej tak ją zrozumiałam. Na jednym ze swoich filmików mówiła o potędze intencji, jak ją zasiać i jak w nią uwierzyć. Trochę wszystko wydawało się dla mnie za łatwe i zbyt naiwne, ale postanowiłam spróbować tej krótkiej medytacji. Najpierw wyobrażałam sobie, jak wypełnia mnie energia, od końcówek włosów, przechodziła przez całe ciało i wypływała z palców u rąk i u nóg, łącząc się ze światem. Czułam połączenie, byłam elementem całej układanki. Myślałam o swojej intencji. Wyobrażałam sobie, jak ją zasadzam, a ona rozkwita i staje się pięknym kwiatem. Energia z tego kwiata również przedostawała się do świata. Zaczęłam od niewielkiej intencji - aby mój partner napisał do mnie coś miłego po tak długim czasie milczenia. SMS przyszedł w trakcie medytacji. Myślałam, że to była wiadomość od przyjaciółki, a jednak...
Próby niedowiarka
Pomyślałam sobie - poszło za łatwo. Muszę wypróbować coś innego. Jednak nie chciałam stawiać na wielką intencję, tylko taką, którą łatwo zweryfikować. Ponownie usiadłam do medytacji na następny dzień i chciałam, aby mój partner napisał mi konkretną wiadomość składającą się z czterech słów. Nie prowokowałam go do napisania tej wiadomości, którą miałam w głowie. Po medytacji żaden SMS nie przyszedł. Znów przyszły czarne myśli - wiedziałam, że to ściema z tą medytacją. Jednak postanowiłam zaryzykować i uwierzyć, że dostanę tę konkretną wiadomość o takiej, a nie innej treści. Dostałam ją. Druga próba się powiodła. Postawiłam na trzecie sprawdzenie. Nie miałam pierwotnie pomysłu na intencję. Pomysł jednak przyszedł sam. Rano, podczas skręcania szafki łazienkowej, zginął mi kot. Szukałam go po mieszkaniu, odsuwałam meble, zaglądałam pod schody na klatce schodowej, sprawdzałam taras oraz miejsca przy budynku. Już raz kotka spadła z tarasu, lubiła ryzykować, więc myślałam, że szybko ją znajdę. Poszukiwania trwały dwie godziny. Wróciłam do domu, otworzyłam lodówkę i nałożyłam kocie jedzenie do miski. Nie przyszła, a zazwyczaj wybudzała się w takim momencie z najgłębszego snu. Postawiłam znów na medytację. Zasiałam w sobie intencję, że kot jest w domu. Poszłam zamknąć okno dachowe i usłyszałam miauk. Kotka faktycznie była w domu, utknęła w pomieszczeniu gospodarczym pod krzesłami ogrodowymi. Przecież jej tam szukałam wcześniej, odsuwałam te krzesła i stół.
Zaufać temu, co nieznane
Trzy prozaiczne sytuacje - niby nic. Jednak one mi pokazały, że warto wierzyć i zaufać temu, co nieznane. Obiecałam sobie, że przestanę rozpamiętywać to, co złe i zacznę wierzyć w to, co dobre. Codziennie medytuję po kilka minut. Dosłownie zajmuje mi to 4 minuty. Siadam wygodnie, czuję swoje ciało i energię, która jest we mnie i która łączy się ze światem. Jestem całością z naturą, jestem elementem tego wielkiego mechanizmu, jakim jest życie. Zasiewam w sobie intencję i po prostu w nią wierzę. Daję jej i sobie szansę na spełnienie!

Komentarze
Prześlij komentarz