I ślubuję Ci aż do...
Niektóre daty zapadają w pamięci. A czasem wypadają. Są ważne, a za chwilę nic nie znaczą. W moim przypadku jest to 20.09.
Dokładnie osiem lat temu wychodziłam za mąż. Jaki to był dzień? Wcale nie jak z bajki. Trochę śmieszny, trochę wzniosły, pełen emocji i obaw. Jak będzie, co będzie. Pamiętam, jak mój ówczesny jeszcze narzeczony żartował sobie, kiedy za bardzo z nim dyskutowałam - Nie fikaj, bo 20 września stanie się dla Ciebie zwykłym dniem.
Faktycznie, dziś jest zwykłym dniem.
Rocznicę 20.09 zastąpiła inna rocznica - 27.08, data rozwodu. Czy żałuję tego kroku? Po tych trzech latach od wyroku nie żałuję. Ten dzień także pamiętam. Nie był smutny. Czułam wielką ulgę. Nie byłam ani szczęśliwa, ani nieszczęśliwa. Po prostu czułam ulgę, której tak bardzo mi brakowało.
Kiedy myślę o tych obu datach, mam zupełnie inne odczucia. Dzień ślubu wciąż kojarzy mi się z obawami. Dzień rozwodu - z ulgą. O dziwo, na samo wspomnienie o rozwodzie uśmiecham się. Nadal. Ślubu mi żal.
Dziś powinnam mieć ósmą rocznicę ślubu. Kolacja w restauracji, wspólny powrót o domu, wspólna noc. Tymczasem jest samotność. Chcę jeszcze kiedyś świętować rocznicę ślubu, bo wciąż wierzę w instytucję, jaką jest małżeństwo. W sobotę kupowałam kwiaty dla Mamy. Przede mną stał facet, który odbierał zamówiony piękny bukiet czerwonych róż. Okazało się, że były to kwiaty dla żony z okazji jej urodzin. W kolejnym roku będą obchodzić 40. rocznicę ślubu.
Nie żałuję rozwodu. Żałuję, że nie mam z kim świętować nawet 8. rocznicy ślubu, nie wspominając o 40. rocznicy.

Komentarze
Prześlij komentarz